RSS

What the hell is Huff… Musical?!

Posted on

If you’ve seen a show, then you already know
how magical theater can be!
It’s two hour-live action, barely affordable
un-lipsynced version of Glee.

~ Neil Patrick Harris,
65 Rozdanie Nagród Tony, 2011 r.

Pewna moja znajoma na pytanie czy poszłaby ze mną na seans jednego z bollywoodzkich filmów, odparła, że „istnieją mniej drastyczne sposoby na popełnienie społecznego samobójstwa”. Cóż, pomyślałam, odpowiedź może i trochę przesadzona, ale zdarza się, nie każdemu przecież musi podobać się forma, jaką prezentuje większość indyjskich musicali. Jednak gdy ta sama znajoma skwitowała moją entuzjastyczną relację z obejrzenia inscenizacji „Skrzypka na Dachu” propozycją pożyczenia rewolweru, zaczęłam się zastanawiać jaki to problem ma teatr muzyczny w Polsce, że traktowany jest aż tak bardzo po macoszemu; uważany za coś, czego należy się wstydzić. Głowiłam się nad tym dosyć długo, bo chociaż rzeczywiście brak nam West Endu czy Broadwayu to przecież Francuzi, Austriacy czy Rosjanie też ich nie mają, a jakoś sobie mimo wszystko radzą. Ot, zagwozdka.

Nie należę do tych osób, które całą winą za nienajlepszą kondycję kulturalną społeczeństwa zrzucają na system oświaty. Odnoszę jednak wrażenie że w Polsce z jednej strony kultura teatralna zanika, a z drugiej mało jest osób, które starają się jakoś ją przywrócić. Dla większości dzisiejszych uczniów „teatr” to: zasada trzech jedności w antyku, Szekspir, Konrad-Gustaw w „Dziadach” (przecież może znów się trafić na maturze!), czasami Molier, a ze współczesności „Tango” Mrożka, które nie dla każdego jest zrozumiałe. Teraz przypomniano sobie także o „Weselu”. Jednak to wciąż suchy tekst; w programie natomiast brak czasu i miejsca, aby opowiedzieć o rodzajach performansu, rewolucji w rozumieniu teatru, która zaczęła się w XX wieku i wciąż trwa na naszych oczach, czy choćby na to, aby włączyć na zajęciach spektakl Teatru Telewizji i pozwolić uczniom obejrzeć przedstawienie od początku do końca.

Dzisiejsza młodzież nie przepada za kupowaniem kota w worku i zapewne dlatego woli poświęcić wolny czas na obejrzenie znanego sobie programu telewizyjnego niż pójść do miejsca, które jest jej obce. A jest obce, ponieważ nie została z nim zapoznana – koło się zamyka.

Teatr to miejsce bardziej tajemnicze od Camelotu i Atlantydy razem wziętych.

Teatr to miejsce bardziej tajemnicze od Camelotu i Atlantydy razem wziętych.

Teatr muzyczny zaś w tym wszystkim to absolutne kuriozum. Zwłaszcza, że w tym jednym pojęciu mieszczą się: opera, operetka klasyczna, operetka rewiowa, musical, teatr tańca, wodewil, śpiewogra, rock-opera… I kto by to wszystko spamiętał?!

W tym momencie mogłyby się pojawić długie definicje, klasyfikacja oper ze względu na tematykę czy wykonanie, rodzaje arii… Mogłyby, ale się nie pojawią, przynajmniej nie w tej chwili. Nie jestem fanką tłumaczenie nieznanego nieznanym, a blog to nie rozprawa naukowa. Dlatego też radzę po prostu zapamiętać, że w teatrze muzycznym muzyka wiedzie prym, a słowo może, ale nie musi, za nią podążać. Kropka, można odłożyć długopisy.

Dzisiaj chciałabym pochylić się nad musicalem, czyli gatunkiem mi najbliższym, o którym zapewne będę pisać najczęściej. Poza tym mam wrażenie, że musical nie jest kotem całkowicie zamkniętym w worku, a jego głowa i kawałek ogona z niego wystaje. A to dlatego, że czasem jednak na małych i dużych ekranach musicale się pojawiają: „Upiór w Operze”,”Grease”, „West Side Story” czy „Skrzypek na Dachu” są znane raczej sporej rzeczy osób i stanowią bezpieczny punkt wyjścia. Ostatnimi czasy swoją cegiełkę dołożył też serial „Glee” i chociaż straciłam do niego serce w połowie trzeciego sezonu to jednak należy oddać cesarzowi, co cesarskie – udało mu się zapoznać widzów z klasykami Broadwayu.

Broadway błyszczący neonami. Oczy mogą w pewnym momencie zaboleć, ale i tak chciałoby się mieć coś takiego w Polsce.

Broadway błyszczący neonami. Oczy mogą w pewnym momencie zaboleć, ale i tak chciałoby się mieć coś takiego w Polsce.

Musical wciąż jest stosunkowo nowym gatunkiem w teatrze muzycznym, wykrystalizowanym na początku XX wieku i jedną z niewielu, moim zdaniem, wspaniałych rzeczy, jakie dały światu Stany Zjednoczone. Jest to też pewien „ruch równouprawnieniowy”, bo stara się pogodzić słowo mówione ze słowem śpiewanym, partiami instrumentalnymi i tańcem; czasem wychodzi lepiej, czasem gorzej, jak wszędzie, ale poszukiwania złotego środka ciągle trwają.

I w tym momencie zaczynają się schody, bo coś co w 1920 roku służyło do zabawiania publiki i komentowania współczesnej rzeczywistości za pomocą piosenek, rozrosło się do niebotycznych rozmiarów, wchłaniając tematy komiczne i poważne, bajki dla dzieci i arcydzieła klasyków literatury światowej, legendy miejskie oraz postacie pomników historii. Musical stał się formą elastyczną, która może opowiedzieć o wszystkim, jeżeli tylko pod ręką jest pomysł na to wszystko, dobry librecista i jeszcze lepszy kompozytor. Plus, jeśli żaden z nich nie ma talentu poetyckiego, to do gry wchodzi także autor piosenek.

Aktualnie nie mamy już do czynienia ze sztuką, na którą monopol posiadają li i wyłącznie producenci na Broadwayu. Teatr musicalowy jest czymś zupełnie internacjonalistycznym i interkulturowym. Najpiękniejsze animacje Disneya, ale nie tylko, to musicale; ostatni, czyli „Frozen” rozbił box-office w drobny mak. Film Romana Polańskiego „Nieustraszeni pogromcy wampirów” stał się kanwą jednego z najbardziej rozpoznawalnych musicali austriackich – „Tańca Wampirów”; w Japonii powstają musicale na podstawie popularnych mang i anime, a sieci furorę robi grupa teatralna tworząca musicalowe parodie uniwersum Marvela, Harry’ego Pottera, Disneya i Pixara. W Hollywood kręcone są kolejne ekranizacje musicali (chociaż niektóre nigdy nie powinny powstać, ewentualnie ich powstanie było tylko złym snem). W Polsce brakuje natomiast kolejnego „Metra”, ale obawiam się, że jeszcze trochę sobie na nie poczekamy.

Wykupienie praw do AVPM i puszczanie go w telewizji byłoby Totally Awesome sposobem na zainteresowanie młodzieży teatrem. Tako rzecze Dumbledore.

Wykupienie praw do AVPM i puszczanie go w telewizji byłoby Totally Awesome sposobem na zainteresowanie młodzieży teatrem. Tako rzecze Dumbledore.

Dlatego też twierdzę, że w stwierdzeniu „lubię musicale” nie ma nic, co mogłoby prowadzić do społecznego samobójstwa bądź linczu, ponieważ nie ma w tym nawet znikomej szkodliwości społecznej czynu. Jest za to dużo muzycznej przyjemności, która może doprowadzić do mruczenia niczym zadowolony kotek. Natomiast słowa: there’s no business like show business z „Annie Get Your Gun” błyszczą jasno nie tylko nad Beacon Theatre w Nowym Jorku, a nad całym współczesnym światem. I, na całe szczęście, dotyczą czegoś więcej niż kowbojskich sztuczek.

Reklamy